Będziemy się kulac mniej wiecej z Wami i Poturbowanymi i z też raczej powoli. Taką zalecaną trasą przez Słowacje, Balaton i jak najwięcej autostrad...
Nie motocyklem tym razem tylko Żuczkiem zielonym dosyć charakterystycznym :)
Jakby co to można do nas wrzucić jakieś części, graty....Pod spodek dotrzemy raczej rano w niedziele...
Klamot
Bogdan +48602244799
Klamotku kochany, z tobą na koniec świata, tylko musimy ustalić traskę przed startem, ok?
Tak chętnie tylko ja teraz nie spojrzę na mapę bo grzebie w aucie w coraz wiekszej desperacji. Zgadzam sie na wszystko albo na spontanie będziemy sie umawiać. Na pewno omijam Austrie a Czechy nie wiem i nie gonie do Wenecji na strzał...
Zresztą już raz spojrzałem na mape na spocie trzy tygodnie temu to potem spać nie mogłem :)
To jesli wybieramy trasę przez Węgry (a większość z nas tak pojedzie chyba) to opcje sa dwie:
- albo lecimy na Tychy i Pszczynę a potem Żylina
- albo ciśniemy przez A4, potem A1 i w Mszanie skręcamy na Jastrzębie i Cieszyn i potem też Żylina i dalej na Nitrę i Komarno/Gyor albo Bratysławę (do wyboru do koloru).
Mi tam obojętne. Liczę tylko na pogodę bez deszczu i trzymanie przelotowej koło 80-85 (żeby gadziny nie zamęczyć przy mojej wadze i wadze bagażu ;) ).
Mi też odpowiadają obydwie trasy, skłaniam się ku opcji pierwszej (Tychy-Pszczyna-Żylina). 400km bez autostrad to będzie przyjemny odcinek :)
do roboty chłopaki!!!!!!!!!! wszystko tip top? nie wierzę!!!!!
sprawdzić jeszcze raz!!!!!! idę krzesać czeskie iskry
Zaniosłem sakwy i worek na motocykl. Ciężkie jak cholera... będę wyrzucał po drodze ;)
O 13tej ruszam z Krakowa do Katowic wbić się do hotelu i na 18tą na check in.
PS. Tak, kapie olej dalej ;)
Znaczy ze jest :cheer: ja bede musial po drodze gaznik regulowac bo poprzedni zaczął marudzić. Na tym tez nie jest idealnie ale jechac idzie.
Wróciłem :) 5200-5300 km na kołach. Jedna duża awaria, jeden wypadek na Węgrzech. Ech... kolano napitala okropnie :(
_____dwr odezwij się do mnie, wysłałem PW!
GRATULUJE WSZYSTKIM :)
www.Zuk-Kazik.pl
Ja dojechałem 8 października, droga powrotna spacerowym tempem przez Bałkany. Od Zagrzebia już byle szybciej dojechać bo było naprawdę zimno i mokro.
Radek,
co to za awaria trafiła się Twojej MZ? A ten wypadek? Napisz coś więcej.
Cieszę się, że dojechałeś w całości :)
Z awarią to było tak, że padły gumy zabieraka zębatki tylnego koła. Z tego powodu zrobił się masakryczny luz w układzie napędowym. Każde ruszanie, czy przyhamowanie silnikiem powodowało szarpnięcia łańcuchem i jego rozciąganie... w efekcie łańcuch spadł mi kilka km za Palermo. Naciągałem go za Wenecją... kicha. Zrobił przy tym "lekkie" zamieszanie pod deklem, bo rozwalił mi czujnik luzu, przez który zaczął lać się olej. Udało mi się to jakoś załatać silikonem i wycieki ustały na akceptowalnym poziomie. Na szczęście miałem drugi łańcuch ze sobą (sam nie wiem po co). Wymieniłem go dosłownie chwilę przed tym jak mijaliśmy się przed metą. Ty dojeżdżałeś a ja zmykałem już na powrót. Gum niestety nie miałem. Wszelka tzw rzeźba tymczasowa nie wchodziła w grę, bo jakby coś mi wyleciało i weszło pod łańcuch to tragedia gotowa. Z tego powodu pojechałem na tym luzie bardzo się pilnując przy ruszaniu (trzeba było napiąć łańcuch lekko cofając i dopiero wbijać jedynkę) i unikałem hamowania silnikiem. Jakoś się udało. Naciagnąłem łańcuch jeszcze w Taranto a potem było już ok.
Na Bałkanach miałem straszny wiatr. Z Dubrownika pojechałem 5go października pod Plitvickie, bo na wybrzeżu ciężko było jechać. To dla odmiany wymarzłem na Velebniku ;)
POtem z Plitwickich, na Zagrzeb, Słowenię i Węgry. Na cel wbiłem Komarno. 50 km przed metą z bocznej podporządkowanej wyjechał mi gość autobusem. Pomimo, że byłem pewny, ze mnie widzi, patrzył na mnie. Zwolniłem nieznacznie. Może 70kmh było... pi razy drzwi. Tuż przede mną gość rusza. Padał... nie... lał deszcz. Asfalt się zmienił na takie śliskie beżowe coś.. beton? Lekkie dotknięcie klamki w małym złożeniu i przód odjeżdża. Udało mi się uratować ręce i głowę. Prawa noga zostaje pod sakwą. Do fizycznego kontaktu z autobusem nie dochodzi, więc wzywanie Policji nie ma sensu, i tak będzie moja wina.
Wstaję, zbieram się, uznaję, że jest nieźle.... działa stres i adrenalina. Kuleję, ale chodzę.
W moto poszły podnóżki (montuje je na linkach a potem pasem), lusterko, klamka hamulca (zostało hamownaie na półtora palca), skrzwyiło kierownicę, urwało blokadę rolgazu, który spada co chwilę, więc blokuje go dużą śrubą i wielka podkładką :) Kierunek kleję taśmą.
Potem pada jescze bezpiecznik, bo coś się aku przesunął i zrobił zwarcie.
7go dojeżdżam do Krakowa. W górach było baaaardzo zimno.
Noga mnie napitala do dziś. ledwo chodzę. Na szczęście zeszła opuchlizna. Myślę, że za tydzień, dwa będzie ok.
Niestety mam tak zawalony kalendarz, że nie mam kiedy pójść do lekarza na USG... może samo się naprawi. Na tą chwilę jest orteza i w razie potrzeby kula :P
Będzie dobrze :)
Chłopie, nie czekaj. Leć do doktora, bo się załatwisz na dobrze. To za długo trwa.
Motór się poskleja, z nogą gorzej! Też polecam nie czekać na samouzdrowienie - szybkiego powrotu do zdrowia Radku! Z Twojej relacji to widzę że miałeś dużo atrakcji, fajnie że udało się dojechać o własnych kołach. Wypadki się zdarzają, szkoda że akurat jechałeś w pojedynkę :/
ps. wrzuciłem na YT krótki film jak lecimy z Velosiem pierwszego dnia przez Węgry. https://www.youtube.com/watch?v=mP216P5CSa0
Wielki SZACUN dla Was motocyklistów za wyczyn jakiego dokonaliście na swoich pięknotach jadąc taką trasę. Chylę czoła.